Moja metamorfoza – historia odchudzania, która zmieniła moje życie
Nie mogę uwierzyć, że te dwa zdjęcia dzieli tylko (a może aż?) sześć lat. Patrzę na nie i myślę: „czy to naprawdę ja?”. Ostatnio spotkałam koleżankę, która wróciła po dwóch latach z zagranicy. Patrzyła na mnie, patrzyła... aż w końcu powiedziała: „Zastanawiałam się, po co ta laska do mnie macha”. Tak – nie poznała mnie.
Chcecie wiedzieć, jak doszłam do tego miejsca? Czy było łatwo? Nie. Ale było warto.
Dzieciństwo z etykietką "otyła"
Wszystko zaczęło się dużo wcześniej – już w podstawówce zmagałam się z otyłością dziecięcą. Męczyłam się szybciej niż inne dzieci, WF był moją zmorą, a nauka przychodziła mi z trudem. Nie jadłam więcej niż rówieśnicy, nie objadałam się chipsami czy fast foodami – mimo to kilogramy się pojawiały. Patrzyłam z zazdrością na szczupłe dzieciaki i nie rozumiałam, dlaczego ja jestem „inna”.
W końcu mama, która też miała problemy z tarczycą, postanowiła działać. Lekarka długo nie dawała się przekonać,wmawiając mojej mamie że to wymysł i szukanie innych winnych że mama faszeruje mnie fast food aż w końcu zrobiła badania. Diagnoza? Niedoczynność tarczycy. Mama miała rację przyznała lekarka i ją przepraszała. Zaczęłam leczenie, trochę się poprawiło – waga przestała rosnąć, miałam więcej energii i lepiej szło mi w szkole. Ale łatwo nie było.
Młodość i... powolne przebudzenie
Gdy miałam 18–19 lat, przestałam brać leki – tarczyca się ustabilizowała. Wybrałam kierunek studiów nieprzypadkowo – dietetyka. Chciałam zrozumieć siebie i swoje ciało. Sądziłam, że dietetyk to po prostu "lekarz od odchudzania". Myliłam się – to było coś znacznie głębszego.
Dowiedziałam się, jak ogromne znaczenie ma sposób odżywiania nie tylko dla sylwetki, ale przede wszystkim dla zdrowia. I wtedy wszystko się zmieniło. Już nie chodziło mi o utratę kilogramów – chodziło o dobre samopoczucie, hormony, zdrową przyszłość. Zrozumiałam też, że... jem za mało! Tak – to było dla mnie totalne zaskoczenie. Paradoksalnie – jedząc mniej, wcale nie chudłam, a wręcz przeciwnie.
Małe zmiany, wielkie efekty
Pierwsza zmiana? Przestałam słodzić herbatę. Niby nic, a zrzuciłam 3 kg w rok – tylko dzięki temu. Potem przyszły spacery. Codziennie, minimum 4 km. Zamiast autobusu – nogi. Mama łapała się za głowę mówiąc "Po co tak się męczysz", "Zwariowałaś iść taki kawał drogi", ale dla mnie to był początek prawdziwej przemiany.
Z czasem zaczęłam ćwiczyć w domu – próbowałam trenerek, testowałam różne style. Dopiero gdy trafiłam na blog "Codziennie Fit" i zaczęłam wdrażać plan biegania, poczułam, że to jest TO. Przebiegnięcie 2 km? Kiedyś nierealne – dziś powód do dumy.
Hormonalna przeszkoda i nowa motywacja
I wtedy kolejny cios – diagnoza: zespół policystycznych jajników. Prognozy lekarzy? Mało optymistyczne. Ale zamiast się poddać, zaczęłam czytać, uczyć się i... zmieniać swój styl życia jeszcze bardziej świadomie. Dieta, która wspiera gospodarkę hormonalną, okazała się strzałem w dziesiątkę. A "efektem ubocznym" była kolejna utrata kilogramów. Napiszę o tym więcej w osobnym wpisie – zasługuje na oddzielną historię.
Dziś?
Dziś mam więcej energii, zdrową relację z jedzeniem, miesiączki wróciły, a w lustrze widzę osobę, z którą lubię spędzać czas. Zmieniło się wszystko – ciało, myślenie, samopoczucie. I wiecie co? Już nie boję się WF-u. Kocham ruch. Kocham swoje spacery, treningi, bieganie – nawet jeśli nadal nie jestem mistrzynią maratonów.
To była droga pełna zakrętów, wzlotów i upadków. Ale każdy krok, każdy wybór, każda mała zmiana – prowadziła mnie tu, gdzie jestem dziś.
Nie chodzi o idealne ciało. Chodzi o zdrowie, radość, wewnętrzny spokój.
I jeśli myślisz, że nie dasz rady – to uwierz: dasz. Powoli, małymi krokami. Bo to właśnie one prowadzą do wielkich zmian.
.png)